sobota, 22 lipca 2017

Canvas [20/20]

Jego portret


Otwierając oczy z cichym mruknięciem, Chanyeol ziewnął szeroko. Zamrugał parokrotnie, przyzwyczajając oczy do jaskrawego światła wpadającego przez okno, a potem uśmiechnął się, widząc śpiącego obok Baekhyuna. Przesunął delikatnie nosem po jego nagim ramieniu, napawając się uporczywie przyjemnym zapachem filigranowego ciała wymieszanego z charakterystyczną wonią, która była pamiątką po minionej nocy. Objął go w talii, podciągając kołdrę, jakby chciał osłonić biel miękkiej skóry przed trywialnymi promieniami słońca. Przymknął oczy, przypominając sobie piękno aktu, który wczoraj na parę długich chwil połączył ich spragnione ciała w jedno.
– Dzień dobry – wymamrotał malarz, wyciągając ręce do góry. Przeciągnął się jak kot, po czym zmienił pozycje, by móc patrzeć na Parka. Pewnego dnia powiedział mu, że jest przystojny, gdy śpi, i nadal nie zmienił zdania. – Mam nadzieję, że będziesz miał na tyle sił, by znosić te stare komody i wyrzucać wszystkie śmieci. Ja sam nie będę z tym biegał. – Uśmiech na jego twarzy może i był nieco drwiący, jednak gdzieś pod jego cieniutką powłoką skrywał się szczery wyraz radości.
– Myślałem, że mnie pocałujesz albo przytulisz, a ty od razu wyskakujesz z takimi nieprzyjemnymi rzeczami – żachnął się Chanyeol, opadając na plecy. Westchnął ciężko, zapatrując się w sufit i udając, że ignoruje ukochanego. – Nie jesteś ani trochę romantyczny.
– Wiem. – Odpowiedź starszego była prosta, ale szczera. – Ale kiedyś może się tego nauczę. Nigdy nie mów nigdy? Tak powiadają?
– Niby tak, jednak ja uważam, że z tym się trzeba po prostu urodzić – wyjaśnił brunet, zakładając ręce pod głowę.
– Wątpisz we mnie?
– Nie, oczywiście, że nie – odpowiedział, przyciągając Baekhyuna do siebie. Kiedy jego głowa spoczęła na piersi Chanyeola, ten zaczął subtelnie przeczesywać złociste włosy palcami. – Poczekam, aż udowodnisz mi, że wcale nie trzeba mieć pewnych rzeczy we krwi, że można je nabyć poprzez obserwację drugiej osoby czy kilku osób. – Ucałował zmarszczone czoło, przytulając malarza mocniej do siebie.
– Kocham cię, Chanyeol. – Padła cicha odpowiedź, która wywołała na twarzy czarnowłosego ogromny uśmiech.
◄►
– Wziąłeś kartony na moje ubrania? – zapytał drwiąco Baekhyun, zapinając pas po stronie pasażera, jak gdyby był pewien, że właśnie o tym Chanyeol zapomniał.
– Są w bagażniku – odparł tamten, zręcznie wycofując z parkingu, a wiadomość ta szczerze zaskoczyła malarza. Mruknął tylko coś pod nosem, a potem skrzyżował ręce na piersi.
W wyprawie przez miasto towarzyszyła im przyjemna cisza. Już od jakiegoś czasu nie potrzebowali, żeby milczącą pustkę wypełniał bezsensowny bełkot z radia, nawet jeśli były to jedne z ich ulubionych piosenek. Pomruk silnika wystarczał, choć czasami mieli wrażenie, że i to zbyt wielki hałas. Wzajemna obecność znaczyła więcej niż najdłuższa przeprowadzona rozmowa. Może dlatego, że nie musieli już używać zbędnych słów, które jedynie mogły zamotać prostą sytuację w węzeł niemożliwy do rozplątania. Jedno spojrzenie, spokojne mrugnięcie, nikły uśmiech, czuły gest dłoni. To był ich nowy język, którym potrafili się bezbłędnie posługiwać, chociaż nikt wcześniej nie uczył ich, jak go używać.
Za szybami samochodu letni wietrzyk wyginał gałęzie, na których zaczęły pojawiać się pierwsze pąki. Ludzie owinięci chustkami spieszyli do pracy, szkoły, a słońce wesoło przygrzewało, powoli rażąc w oczy tych, którzy podnieśli głowę zbyt wysoko. Baekhyun oparł brodę na dłoni, wpatrując się w kłębiaste baranki na niebie. Przed oczami pojawiła mu się wizja kolejnego obrazu. Zapragnął namalować coś prawdziwie radosnego, tryskającego witalizmem, jaki rozsiewała budząca się z zimowego snu przyroda dookoła.
Gdy Park niespodziewanie zahamował z piskiem, przerażony malarz spojrzał na niego szeroko rozwartymi oczami. Malowała się w nich lekka panika, ale jak mógł zareagować inaczej, gdy niemal uderzył głową w szybę i byłby nabił sobie wielkiego guza? Odruchowo złapał bruneta za przedramię, dostrzegając mocno zaciśnięte na kierownicy dłonie.
– Co to było? – spytał z przerażeniem w głosie Byun, starając się oddychać miarowo.
– Jakiś palant mi wyjechał i rozpieprzyłbym mu zderzak albo nawet i drzwi. Co za pajac! – rozzłoszczony Chanyeol uderzył pięścią w kierownicę, aż przeraźliwy dźwięk klaksonu rozbrzmiał w ich uszach. – Przepraszam, Baek. – Odwrócił się w stronę jasnowłosego i posłał mi czuły uśmiech.
– Nigdy więcej tak nie rób, bo wylecę przez szybę mimo zapiętych pasów – mówił malarz zupełnie poważnie, ostrzegawczo unosząc palec do góry.
– Obiecuję – powiedział Park i ruszył dalej.
Tym razem obyło się już bez pisków opon i nagłych zatrzymań. Dojechali pod kamienicę malarza dość szybko, bo ze względu na wczesną porę w mieście nie panował zbyt wielki ruch. Jedynie kolejne osoby spieszące się do pracy, taksówkarze lub prywatnie szoferzy odwożący bogate dzieciaki do szkół. Chanyeol zaparkował na wolnym miejscu, które akurat było oświetlane przez żwawe promyki. Zgasił silnik i spojrzał na ukochanego.
Baekhyun zaś siedział sztywno, wciąż wpatrując się przed siebie. Prawie nie oddychał, ale rozchylające się co chwila nozdrza i poruszające się nadmiernie jabłko Adama świadczyły o tym, że żyje. Otrząsnął się z nienaturalnego transu dopiero wtedy, gdy czarnowłosy cicho wymówił jego imię. Pokręcił mocno głową, jakby odpychał sprzed oczu jakieś przebrzydłe obrazy z przeszłości, które niezmiernie go dręczyły. Po chwili jednak z uśmiechem złapał za klamkę i wysiadł na chodnik, obracając twarz w kierunku słońca. Odetchnął pełną piersią, lecz i tak wydawało mu się, że pęta opinają jego klatkę piersiową.
– Chodźmy, Baek. Im szybciej to załatwimy, tym lepiej – odezwał się znienacka Chanyeol, łapiąc ukochanego za dłoń i ściskając ją w geście, który miał dodać mu otuchy.
– Może i masz rację – skwitował starszy, odpinając pas i niemal wyskoczył z samochodu wprost na chodnik.
Szybko wspięli się po schodach na piętro Baekhyuna. Mężczyzna wyjął z kieszeni zardzewiały klucz i wepchnął go do zamka. Przekręcił go z hałaśliwym szczękiem, krzywiąc się na ten dźwięk. Nie pamiętał już, kiedy ostatnio zamykał drzwi swojego mieszkania i pewnie stąd wzięło się to okropieństwo. Jak tylko je popchnął i wszedł do środka, uderzył w niego odór stęchlizny. Nie był specjalnie silny, jednak sprawiał, że mimowolnie marszczyło się nos. Nie dziwił się jednak. Dawno opuścił to miejsce, nikt tu nie wietrzył, a niektóre obrazy wciąż stały na wierzchu, rozprzestrzeniając nieprzyjemną woń dookoła.
– Trzeba tu przewietrzyć. Chyba że chcemy odpędzić potencjalnych klientów – oznajmił Chanyeol, bez zastanowienia kierując się do małej kuchni.
– O ile jacyś się znajdą – burknął malarz pod nosem, zmierzając do swej zagraconej sypialni.
Przechodząc obok sponiewieranego materaca, kopnął go, pobudzając drobinki kurzu do ekwilibrystycznego tańca w złocistych promieniach słońca. Odkaszlnął głośno, gdy otworzył okno i podmuch wiatru przefrunął przez pokój, wywiewając smród na zewnątrz. A potem wychylił się, zaciskając palce za starym parapecie, z którego odchodziły płaty farby i wciągnął w płuca tyle powietrza, na ile tylko było go stać. Szeroki uśmiech wykrzywił kąciki jego ust. Nie wiedział, skąd się wziął ten nagły przypływ radości, euforii wręcz, ale był pewien, że to nie robota podstępnej choroby. Odnosił za to wrażenie, jakby każda komórka jego ciała napełniła się niewyczerpywanym źródłem pozytywnej energii.
– Co tam robisz? – spytał Park, podchodząc do niego i również opierając się o parapet. Spojrzał na miasto. Widok, który się przed nim rozciągał, sprawił, że brunet wydał z siebie ciche westchnienie. – Ładnie tu. Można patrzeć na wszystko z ubocza. Nie ma tu pędzących samochodów, zgiełku, gwaru.
– Ale są pijani ludzie, sikające na klatce schodowej psy i kłótliwe sąsiadki, które wyzywają cię od pedałów – dorzucił Byun, a później zerknął na Chanyeola. – Chciałbyś tu mieszkać? Serio?
– Mógłbym chociaż spróbować. Wiesz, dzień czy dwa. Mógłbym posmakować ciszy i spokoju. No i nie jest stąd tak daleko do ziemi. Tylko drugie piętro, więc można czuć się normalnie.
– A u siebie jak się czujesz? – zapytał zaskoczony malarz, unosząc brwi ku górze.
– Jak kosmita – odparł rozbawiony brunet, wciąż wpatrując się w dal. Gdzieś tam majaczyły dachy budynków, które dobrze znał, ale teraz nie miał ochoty ich rozpoznawać. Wolał przyglądać się, jak promienie oświetlają miasto niczym olbrzymi reflektor. – Mieszkam dość wysoko, więc nie mogę sobie bez problemu patrzeć na przechodzących ludzi, a ty pewnie nawet widziałbyś, gdyby tu na dole ktoś przekazywał sobie papierosa z ust do ust.
– To prawda – przytaknął Baekhyun, niemrawo kiwając głową.
– No właśnie. Chciałbym zobaczyć, jak to jest, gdy nie mieszka się w wypasionym miejscu, wszędzie jest tak cicho i spokojnie, znaczy do pewnego stopnia i w ogóle… nie wiem. Od tego miejsca bije taki specyficzny klimat.
– Klimat meliny i dna – wymamrotał starszy do siebie.
– Słucham? – Zdezorientowany Chanyeol przeniósł wzrok na swojego rozmówcę.
– Nieistotne. – Byun zbył go machnięciem ręki. – Jak chcesz możemy tu zostać do jutra. W końcu i tak nie ma jeszcze ogłoszenia ani nic. Możemy jutro z rana tu posprzątać, spakować moje rzeczy, a dopiero potem zrobić zdjęcia i rzucić w świat ogłoszenie – zaproponował, rozglądając się po swej niewielkiej klitce. Dokładnie wpatrywał się w każdy kąt, jakby chciał odnaleźć tam coś ważnego, jakieś istotne wspomnienie ze swego życia. – Albo możemy zrobić część z tych rzeczy dzisiaj, jeśli nie chcesz zanudzić się tu na śmierć.
– Możemy spakować twoje rzeczy. To chyba zajmie nam najwięcej czasu. – Malarz pokiwał głową, na co Park uśmiechnął się od ucha do ucha. – To skoczę po torby. – I już go nie było.
Podczas gdy Chanyeol zniknął za drzwiami i słychać było na schodach jeszcze jego kroki, Baekhyun odkleił się od parapetu (i to niemal dosłownie, bo strzępki białej farby zostały mu na dłoniach) i podszedł do jednej z komód. Wystająca, opadnięta z jednej strony szuflada zdradzała jego niecierpliwość i ciągłe podenerwowanie. Z tyłu jednak skrywała cały jego talent. Nie miał odwagi, żeby wyciągnąć namalowane jakiś czas temu obrazy, a z drugiej strony bardzo go do nich ciągnęło. Przełknął głośno ślinę, opierając się na zakurzonym meblu. Wolną dłoń wcisnął w przesłoniętą zwiewnymi pajęczynami przestrzeń, jednak nim zdążył cokolwiek wyjąć, przestraszył go trzask drzwi. Malarz aż podskoczył i przez to uderzył głową w pobliską ścianę.
To Park wrócił z torbami.
– Szybki jestem, co nie? – zażartował, wbiegając do pokoju niczym torpeda i rzucił przyniesione rzeczy na podłogę. – To co, pakujemy?
Baekhyun pokiwał głową. Z początku nie miał pojęcia, jak postąpić z wysłużonymi meblami. Nie chciał ich uszkodzić, a z drugiej strony nie były mu już potrzebne, bo miał je zaraz wynieść na śmietnik. Mimo to przejmował się. Do otwierania zepsutych szuflad miał dwie lewe ręce. Przygryzł wargę, stojąc przed komodą i wzdychał co kilka sekund.
– O co chodzi? – zapytał zdezorientowany Chanyeol, podchodząc do niego i przyglądając się wyszczerbionym rogom mebla. – Nie chcesz się wyprowadzać? Okej, w takim razie-
– Nie wiem, jak mam wysunąć te przeklęte szuflady. Zepsułem je, bo nie umiem porządnie poskładać ciuchów, tylko wpycham je na odwal się, a potem narzekam, że wszystko się sypie – mamrotał malarz pod nosem, oparłszy ręce na biodrach.
– Ach, to żaden problem.
Jak tylko Park wziął się za powolne rozbieranie zniszczonej i do niczego nie nadającej się komody, Byunowi jakby ulżyło. W mgnieniu oka pojedyncze pojemniki z upchanymi ubraniami spoczywały na podłodze, prezentując całą swą zawartość. Z drugim meblem natychmiast stało się to samo. Później wspólnie zaczęli przeglądać zwinięte w ogromne kule rzeczy, które z pozoru wyglądały jak bezużyteczne szmaty. Posegregowali je na te, które nadają się do chodzenia i te, które bezwzględnie należy spalić albo wrzucić do kubła z używaną odzieżą.
Dobre ubrania, poupychali do toreb, które niedawno przyniósł Chanyeol, a te, na które aż wstyd było patrzeć, złożyli w jedno miejsce. Park znalazł jakiś nieużywany worek na śmieci i włożył je tam, by przy najbliższej okazji odstawić je w odpowiednie miejsce. Było ich całkiem sporo, dlatego żal było wyrzucać ubrania na śmietnik. Zresztą, miał to już od dziecka. Jego matka może i była zarozumiała i pragnęła rządzić wszystkim dookoła, ale stare ciuchy zawsze oddawała biednym, jednak robiła to tak, by żadna z jej koleżanek się nie zorientowała. Czułaby się poniżona.
– Zgłodniałem – oznajmił zmęczony brunet, siadając na podłodze pod ścianą. – A ty? Chcesz coś? Może pójdę do sklepu i-
– Nie trzeba. Chyba mam jeszcze coś w szafkach. – Baekhyun zasunął do końca torbę, którą miał w rękach, a potem poszedł do kuchni, mimowolnie kołysząc przy tym biodrami. Był w dobrym humorze.
Wrócił po chwili, trzymając w rękach dwa opakowania ramenu. – Ugotujesz? Ja nie bardzo umiem. Nie chcę nas podpalić, bo pewnie byłbym do tego zdolny.
– Jasne, a masz jajka? – W odpowiedzi Byun skinął głową i lekko się uśmiechnął.
Takim sposobem już dziesięć minut później Chanyeol stał przy starej kuchence gazowej i gotował danie z torebki najlepiej jak umiał w niebieskim garnku z jednym uchem. Jego chłopak zaś siedział na blacie szafki i wesoło wymachiwał nogami, opychając się przed obiadem kwaśnymi żelkami. Co kilka sekund krzywił się, ale zaraz uśmiechał lekko, spoglądając na skupioną twarz bruneta. Odgarnął sobie z twarzy niesforne kosmyki włosów i przysunął się trochę bliżej.
– Chczesz tłochę? – zapytał z policzkami wypchanymi drażniącymi język słodkościami.
– Nie, wolałbym nie jeść nic przed obiadem – wykręcił się Park, ale malarz i tak podsunął mu do ust dwa duże żelki w kształcie serduszek.
– Zjedz – nalegał, połknąwszy wszystko, co jeszcze przed chwilą miał w ustach.
– No dobra. – Czarnowłosy przewrócił oczami i zjadł dwa kwaśne żelki, które oferował mu Baekhyun.
◄►
Siedzieli znów na materacu w pokoju przy otwartym oknie, a ciepły wiosenny wietrzyk smagał ich policzki, gdy z zapałem wpychali do ust kolejne porcje gorącego makaronu. Baekhyun czasami cicho siorbał, a wtedy Chanyeol jedynie się z niego śmiał, zastawiając usta dłonią, by nie wypadło z nich jedzenie. Poza tym rozkoszowali się swoim towarzystwem, rozmawiając na błahe tematy, jakby dopiero się poznawali. To jednak w ich przypadku sprawiało, że poznawali się lepiej.
– O nie, zaczyna lać! – krzyknął malarz, zrywając się z miejsca i podbiegł do otwartego okna.
Wychylił się tak mocno, jakby chciał wypaść, lecz z całej siły trzymał się parapetu. Granatowe, niemal czarne chmury spowiły niebo gęstą poświatą, zasłaniając jeszcze przed chwilą przyjemnie świecące słońce. Park podszedł do niego po krótkiej chwili i objął go od tyłu, przyciągając do siebie. Oparł brodę na jego szczupłym ramieniu, spoglądając z zaciekawieniem na ciemne niebo.
– Wygląda też, jakby zbierało się na burzę – powiedział cicho, bardziej do siebie. – Powinniśmy zamknąć, bo zaczyna też wiać, a chyba nie chcemy mieć tu powodzi.
Posłusznie Baekhyun zamknął okiennice, które zdradziecko wymykały mu się z rąk popychane przez coraz silniejszy wiatr. Odetchnął z ulgą, gdy pierwsze grube krople uderzyły w szybę, spływając po niej gładko, a nie dostając się do mieszkania. Odwrócił się w stronę Chanyeol i spojrzał na niego pytająco. Było zimno, zaczęło padać, nie było nic ciekawego do roboty.
– Co będziemy robić? Nie możemy nigdzie iść – odezwał się nagle malarz, a potem zajął miejsce na swoim wysłużonym materacu.
– Może po prostu poleżmy i popatrzmy w sufit. To zawsze coś. – Brunet ułożył się obok starszego, a potem wsunął sobie ręce pod głowę.
– I co? Chcesz policzyć wszystkie pęknięcia i miejsca, gdzie odleciała farba? – spytał Byun z drwiną w głosie, a potem prychnął, odwracając głowę w stronę rozłożonej na części komody. Westchnął. – Szkoda, że nie możemy tych mebli uratować. Naprawdę długo mi służyły.
– Zawsze możemy kupić podobne w sklepie z antykami. Będą w dużo lepszym stanie. Nie rozpadną się za dwa tygodnie.
– A gdzie chcesz je postawić? – zapytał Baekhyun z nutką drwiny w głowie.
– Coś się wymyśli.
◄►
Burza ustała po dwóch godzinach. W tym czasie malarz wzdrygał się na każdy grzmot i piszczał, jak tylko zobaczył choćby najmniejszy błysk. Chanyeol oczywiście się z niego natrząsał, wytykając mu, że taki dorosły i niezależny facet jak on nie powinien zachowywać się jak mały, przerażony chłopiec. Za takie przycinki dostał trzy razy w ramię i dwie sójki w żebra. Mimo to śmiał się dalej.
Zmierzchało, gdy Baekhyun postanowił otworzyć okno. Zaduch wpadł wprost do ciasnego mieszkania, chociaż było po deszczu i solidnej burzy. Zakrztusił się, kiedy ciężkie, duszące powietrze uderzyło go w twarz, a potem ciężko westchnął, machając koszulką, jak gdyby to mogło przynieść mu ochłodę.
– Za gorąco, nie? – rzucił czarnowłosy, czując pierwsze krople potu na czole.
– Zdecydowanie. – Starszy bez wahania pozbył się swojej koszulki i zaczął rozpinać spodnie, jednak powstrzymał go krzyk ze strony Parka.
– Co ty wyprawiasz?! – Chanyeol zerwał się na równe nogi, nie mogąc pojąć, co tamten zamierza.
– No  jak to co? Rozbieram się. Nie zamierzam spać w ubraniu, bo obudzę się cały spocony i śmierdzący. Ohyda! – Malarz zmarszczył nos, zsuwając spodnie wraz z bielizną. Rzucił je niedbale na podłogę tuż obok wypełnionych po brzegi toreb, po czym rzucił się na materac i przykrył swoje ciało do połowy cienką kołdrą. – Ty też się lepiej rozbierz, jeśli chcesz ze mną spać.
Wzdychając i kręcąc głową, czarnowłosy mimo wszystko posłuchał. Miał lekkie opory co do spania bez jakiejkolwiek części odzieży, ale wyzbył się ich, jak tylko poskładał swoje ciuchy w kostkę i ułożył je na małym stosie niedaleko tych Byuna. Wsunął się obok niego i zakrył się do połowy torsu. Ręce wsunął pod głowę, a wzrok wlepił w sufit, na którym nie mógł już nic dostrzec.
– Jest chyba jeszcze wcześnie – skomentował cicho, zerkając na jasnowłosego, który przysunął się bliżej, nawet jeśli wcześniej mówił, że będzie mu za gorąco.
– Co z tego? Jestem u siebie, więc mam prawo kłaść się do łóżka, kiedy mi się żywnie podoba. Czegoś tu nie rozumiesz? – Chanyeol pokręcił głową. – No właśnie. Może być dwudziesta, do cholery, a ja mam ochotę spać i będę spał. – Uniósł palec do góry w pozornie groźnym geście. – Ale masz się stąd nie ruszać.
Park zaśmiał się na głos, a już po chwili mógł poczuć drobną (i pokrytą lepkim potem) dłoń, która spokojnie spoczęła na jego mocno rozgrzanej piersi. Wtedy ucichł i wsłuchał się w równy rytm ich oddechów i uderzeń serca, które spajały się w jedną, tylko im znaną melodię. Przyjemna cisza, która pieściła ucho, przykryła ich niewidzialną zasłoną, czuwając nad ich snami, bo nim się obejrzeli, obaj zasnęli głębokim snem.
◄►
Przytłumione promienie słońca połaskotały Baekhyuna po twarzy. Przesłonił oczy dłonią, ziewając naprawdę szeroko i dopiero gdy przyzwyczaił się do panującej jasności, rozchylił powieki. Drobiny kurzu wirowały nad nim, tworząc maleńkie tornada. Miał ochotę się zaśmiać, ale tylko przeniósł wzrok za siebie. Dostrzegł Chanyeola stojącego przy oknie. Opierał się o parapet, wyglądając na poranny, świeży świat, który pomalutku budził się do życia.
Przetaczając się na brzuch, malarz zacisnął wargi, żeby nie wydać z siebie żadnego dźwięku. Naga sylwetka czarnowłosego tak wspaniale prezentowała się w jaskrawym świetle, że zdawać by się mogło, iż był posągiem. Jasnowłosy przez kilka długich minut zachwycał się widokiem łagodnie umięśnionych pleców, po czym przesunął wzrok ku dołowi, bacznie przyglądając się dolince, która utworzyła się równo z kręgosłupem, aż dotarł do jędrnych pośladków i silnych nóg.
Bez zbędnego pośpiechu wyszedł spod kołdry. Miał szczęście, że poprzedniego dnia przestawił sztalugę z założonym dawno płótnem tak, że była teraz w zasięgu jego rąk. Na palcach podszedł do rzeczy, które wyjęli z komód i wziął paletę oraz kilka farb. Pospiesznie zmieszał odrobinę różu z bielą, tworząc delikatny, pastelowy kolor. Trzymając język w kąciku ust, nabrał nieco farby na palec i zaczął kreślić pierwszy kształt, kiedy niespodziewanie Park się poruszył.
– Stój! – krzyknął Baekhyun, starając się nie wykonywać ruchów, które mogłyby zniszczyć zaczątki jego dzieła.
– Co robisz? – zapytał zaciekawiony brunet, przekrzywiając jedynie głowę, próbował zerknąć przez ramię na jasnowłosego.
– Usiłuję cię namalować – padła lakoniczna odpowiedź.
– Aż tak atrakcyjny jestem? – Chanyeol parsknął lekkim śmiechem, lecz na to pytanie już nie usłyszał żadnego komentarza.
Stał tak dłuższą chwilę, podczas gdy malarz bardzo dokładnie szkicował małym palcem kształt jego pleców, nóg i pośladków. Głowę postanowił zostawić sobie na koniec. Minęło jakieś dziesięć minut, kiedy Baekhyunowi przyszło do głowy coś zupełnie innego. Wziął do ręki tubkę z farbą i wycisnął na paletę prawie cały niebieski kolor, później to samo uczynił z białym, różowym, żółtym i zielonym. Umazał sobie ręce w tych barwach, po czym podszedł do czarnowłosego i przytulił się do niego od tyłu, zostawiając kolorowe odciski na jego torsie.
– Hej! Co to ma być? – Chanyeol roześmiał się i odwrócił przodem do Byuna.
– Każdy może być malarzem – zażartował starszy, wskazując brodą paletę. – Spróbuj.
Zachęcony, brunet podszedł bliżej i umaczał dłonie w kilku kolorach na raz. Wydawało mu się to zabawne. Spojrzał jeszcze pytająco na Baekhyuna, a gdy ten skinął głową, rozsmarował na jego torsie zieleń, biel i odrobinę błękitu. To wywołało falę śmiechu z obu stron.
– Ciekawe. Wyglądasz teraz jak dzieło sztuki – skomentował Park, przyglądając się umazanemu farbą malarzowi.
– Nie, jeszcze nie.
Przez następne pół godziny co kilka chwil nabierali w dłonie farbę, by później brudzić się nią, dopóki nie mieli już na to sił. Gdy nadeszła ostatnia kolejka Chanyeola, zerknął on na swoją dłoń, pokrytą przedziwnym odcieniem szarości albo brązu. Wszystkie barwy już dawno zmieszały się w jedną, ale to nie miało znaczenia. Podszedł do jasnowłosego i za kark przyciągnął go do długiego, namiętnego pocałunku. Nie wiedział, że tego tak bardzo pragnął, póki się na to nie zdobył.
Z początku Baekhyun chciał zaprotestować, lecz gdy poczuł zwinny język ślizgający się po jego wargach, z chęcią je rozchylił, pogłębiając pocałunek. Oparł dłonie na piersi czarnowłosego, stając na palcach. Nie mógł jednak utrzymać równowagi. Park wyraźnie to poczuł, dlatego ostrożnie powiódł go w kierunku ściany. Po drodze popchnął stopą sztalugę i ta z głuchym łoskotem upadła na podłogę. Ich stopy również ubrudziły się w farbie i trudno było im stawiać kroki prosto, mimo to Byun już moment później mógł swobodnie się oprzeć, zatracając się na dobre w żarliwej pieszczocie.
Zmęczeni pocałunkiem, oderwali się od siebie, ale tylko na parę i tak zbyt długich sekund. Szerokie uśmiech ozdobiły ich twarze, lecz zaraz z ust Byuna dobył się cichy jęk, gdyż Chanyeol nie umiał trzymać rąk przy sobie i zaczął drażnić wrażliwe sutki starszego. Tamten niemal zaczął wić się przy ścianie, bo nie spodziewał się tego dotyku. Zacisnął jednak powieki, pozwalając westchnięciom i stęknięciom ulatywać w chłodne powietrze tego słonecznego poranka.
– Gdzie masz lubrykant? – mruknął nagle czarnowłosy, przebiegając wargami po idealnej krzywiźnie szczęki Baekhyuna.
– Powinien być gdzieś koło torby. Tam go wczoraj widziałem – wydyszał w odpowiedzi malarz, opierając się o ścianę i próbując złapać oddech.
Małe mieszkanie wkrótce wypełniło się stłumionymi jękami oraz cichym śmiechem. Ciepłe promienie ciasno otulały dwa nagie ciała, kiedy te połączone w miłosnym uścisku, opowiadały sobie najpiękniejszą romantyczną historię, na jaką było je stać. Chanyeol coraz szybciej poruszał biodrami, przyciskając jasnowłosego do ściany. Ten zaś z całej siły oplatał swojego kochanka nogami, a długie palce wplątał w jego kruczoczarne kosmyki.
Złączyli wargi w cudownym pocałunku, kiedy coraz potężniejsze fale rozkoszy spływały po ich ciałach. Patrzyli sobie przy tym w oczy. Spojrzenia pełne głębokich uczuć przyniosły niespodziewany efekt. Baekhyun osiągnął spełnienie, wtulając swoją twarz w ramię ukochanego. Zamiast głośno krzyczeć, wyszeptał jego imię ledwie słyszalnym głosem. Nie potrzeba mu było fajerwerków, gdy wreszcie zrozumiał, że niepotrzebnie wcześniej szukał pocieszenia w ramionach przygodnych facetów. Zacisnął mocno powieki, czując, jak Chanyeol przygryza lekko skórę na jego ramieniu, gdy doszedł z głuchym jękiem.
Zmęczeni powoli zsunęli się po ścianie, brudząc ją farbami, którymi byli umazani. Malarz odszukał dużą, bezpieczną dłoń i ścisnął ją mocno, jakby bał się, że zaraz może nie być obok jej i jej właściciela. Odwrócił głowę, gdy do oczu zaczęły cisnąć mu się łzy. Nie powstrzymał jednak szlochu, który chwilę później ścisnął mu gardło. Jego ciało niebezpiecznie zadrżało.
– Hej, co jest? Zrobiłem coś nie tak? Coś cię boli? – spytał czarnowłosy, zaczesując za ucho dłuższe, jasne włosy. Przysunął się bliżej i objął niższego, ukrywając jego ciało w swych ramionach.
– Płaczę, bo jestem szczęśliwy – wykrztusił w końcu Baekhyun, ukradkiem spoglądając na Parka.
◄►
CZTERY MIESIĄCE PÓŹNIEJ
– Dostałem pracę w bibliotece! – krzyknął Byun, wchodząc do biura Kyungsoo.
Jakiś czas temu Do został głównym księgowym w firmie, gdzie pracował. Dostał własne miejsce do pracy. Mógł poszczycić się teraz widokiem na sporą część miasta, prywatnym ekspresem do kawy oraz ciszą wypełnioną jedynie przez łagodne buczenie komputera. Wreszcie cieszył się wolnością. Nie musiał już dłużej słuchać narzekań współpracowników, którzy non-stop coś wrzeszczeli za jego uszami, wykłócając się o to, kto zrobił więcej błędów i kogo trzeba poprawiać.
– Co? Naprawdę? – Mężczyzna zdjął okulary i odłożył je na swoje biurko, a później podszedł do przyjaciela, żeby go uścisnąć.
– Tak – odparł Baekhyun, wyswabadzając się z niedźwiedziego uścisku. Usiadł na krześle przeznaczonym dla klientów i wyjął z papierowej torebki pudełko czekoladek. – Chanyeol mi pomógł, więc musimy to jakoś uczcić.
– To nie powinieneś świętować z nim? – Do przysiadł na brzegu drewnianego mebla, chwytając w dłonie duży kubek z ciepłą jeszcze kawą.
– Nie. Jest dziś bardzo zajęty.
Kyungsoo posłał malarzowi szeroki i szczery uśmiech. – Cieszę się, że ci się układa, że wam się układa. Masz kochającego faceta, teraz pracę…
–…choroba nie daje o sobie znać – dokończył jasnowłosy, a później odpukał lekko w dębowe biurko. – Właśnie! Dziś wieczorem przyjdźcie z Jonginem do Crystal Palace. Chanyeol i ja chcieliśmy zaprosić was na kolację. Mamy sprawę do omówienia.
– Tak? A jaką?
– Dowiesz się w swoim czasie. – Puścił mu oczko, po czym zaczęli rozmawiać o tym, co obaj powinni ubrać na tę jakże ważną okazję.
◄►
Gdy zajechali samochodem Chanyeola pod drogą restaurację, Baekhyun poczuł, jak w gardle rośnie mu ogromna gula. Nie chciał jeszcze wysiadać. Musiał się trochę odprężyć. Bądź co bądź, czekało na niego ważne zadanie. Z oddali widział przez szybę stłoczonych gości przy stoliku: swoich rodziców, rodziców i brata Parka oraz Kyungsoo wraz z Jonginem. Wszyscy ubrani byli bardzo elegancko, jak przystało na miejsce oraz okazję.
Musimy powiedzieć wam coś ważnego.
Ta formułka ciągle odbijała się echem w jego głowie. Miał jej już dosyć. Zbierało mu się nawet na wymioty.
Jego przemyślenia przerwało stukanie w szybę oraz szeroki, idiotyczny uśmiech.
– Możemy już iść? Jesteśmy spóźnieni, a wszyscy na nas czekają. – Park patrzył na niego z troską wymalowaną w pięknych, błyszczących tęczówkach. Malarz zacisnął wargi, a potem pokiwał z wysiłkiem głową.
Jak tylko dotarli do zarezerwowanego wcześniej stolika, siedem par oczu zwróciło się w ich stronę. Podano już przystawki. Nalano wino. Chanyeol odsunął Baekhyunowi krzesło, a ten usiadł, poprawiając swoją marynarkę. Zapanowała grobowa cisza. Matki spoglądały po sobie nawzajem, ojcowie udawali, że interesują się tym, co znajdowało się na talerzykach, a młodsze grono podziwiało wystrój lokalu.
– Najpierw zjedzmy, bo chyba każdy z nas jest głodny. – Na potwierdzenie tych słów czarnowłosemu zaburczało w brzuchu.
Kelnerzy dość szybko przynieśli doskonale przygotowaną kaczkę z jabłkami. Nie było przy stoliku osoby, która choć raz nie zamruczałaby z radości nad tym wyśmienitym smakiem. Talerze szybko pustoszały. Kieliszki niemalże same się opróżniały. W końcu nie ma nic lepszego od fantastycznego jedzenia połączonego z idealnie dobranym winem. Rozmawiano przy tym całkiem sporo. Nikt jednak nie wchodził na niebezpieczny grunt, jakim był powód tego zebrania.
– Myślę, że już czas – wyszeptał malarz, nachyliwszy się do ucha ukochanego, po czym otarł usta serwetką.
Chanyeol wstał, łapiąc Byuna z rękę. Cała uwaga znów skupiła się na nich. Brunet odchrząknął, sięgając do kieszeni po małe, czerwone pudełeczko w kształcie serca. Cichy szmer przetoczył się między gośćmi.
– Dziś jest ważny dzień. Zaprosiliśmy was tutaj, bo chcielibyśmy oznajmić coś ważnego. – Otworzył pudełeczko i wyciągnął z niego wysadzaną diamencikami obrączkę. Pokazał ją najbliższym i zaśmiał się cicho. Był cholernie szczęśliwy. – Baekhyun i ja…
–…pobieramy się – dodał starszy, jednocześnie pozwalając założyć sobie pierścionek zaręczynowy.
Fala cichych oklasków dała się słyszeć ze strony Kyungoo i Jongina. Dopiero później dołączyli do nich zszokowani rodzice oraz brat Chanyeola, z którymi niedawno doszli do porozumienia. Pani Byun zaczęła płakać, więc wtuliła się w ramię męża, a on zaczął delikatnie klepać ją po plecach. Gdy przyszli małżonkowie pocałowali się czule, oklaski stały się głośniejsze. Zarumieniony Baekhyun wstydził się zrobić cokolwiek, lecz miał ochotę krzyknąć, że jest najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi.

Bo znalazł własne płótno, na którym może stworzyć nowy obraz swojego życia.


A/N: I tym sposobem dotarliśmy do końca tego opowiadania! Mam nadzieję, że Wam się podobało i że będziecie do niego wracać, jeśli tak własnie było. Dla mnie znaczy ono dość wiele, bo włożyłam w niego sporo pracy i po kolei realizowałam plan, który utworzył mi się gdzieś tam w głowie. Dziękuję wszystkim, którzy czytali i komentowali. Na razie czas się pożegnać na tym blogu, gdyż zajmuję się tłumaczeniem, które możecie przeczytać tutaj. Na pewno kiedyś powrócę z kolejnym opowiadaniem, nie musicie się martwić. Jeszcze raz dziękuję i do... napisania/przeczytania(?)!